(GW) PKP: nie będzie służby, tylko odwalanie roboty

- Czuje Pan? Bezdomni. Za komuny nie do pomyślenia. Już dawno by ich spałowali. Teraz człowiek może robić, co chce - także być bezdomnym - mówi emerytowany kolejarz.

Andrzej Heluszka, kolejarz, od zeszłego roku emeryt: Ludzie mówią, że za komuny było lepiej, mając na myśli okres wczesnego Gierka, kiedy władza popuściła, a rynek - za kredyty - zapełnił się towarami. Ale co było przedtem, za Gomułki, i potem - to już się nie pamięta. W 1985 r., gdy rodziła się moja córka, w sklepach nie było mleka w proszku i trzeba było je zdobywać. Pracowałem wtedy na ul. Boya - niedaleko w al. Wolności był rzeźnik, to znaczy sklep mięsny. Dwie osoby od nas już o trzeciej nad ranem ustawiały się w kolejce, a reszta pracowała za nich. Jak się doszło do lady, to rzucono jakiś ochłap na wagę - jeszcze się nie zatrzymała, a sprzedawca już wiedział, ile waży, i podawał cenę… Gdyby za komuny było dobrze, to nie byłoby i Sierpnia 1980 roku, i Okrągłego Stołu. Myśmy na ten Stół czekali. Zmiana systemu musiała być i - generalnie - poszło w dobrym kierunku. Choć nie wszystko.

Co na przykład?

- Nie podoba mi się, że związek zawodowy wdał się w politykę. Że ludzie, którzy się nie znali na kierowaniu przedsiębiorstwem, nagle chcieli rządzić. U nas było dwóch kandydatów na dyrektora - jeden z "Solidarności" oraz drugi: fachowiec. Może i należał do partii, ale nie był działaczem. Zresztą połowa pracowników PKP była przecież partyjna. I on został wybrany na kierownika. Ale to był wyjątek. Przeważnie dyrektorami zostawali przewodniczący związku. Taki człowiek automatycznie stawał po drugiej stronie barykady. Przez te kilkanaście lat koleją rządziły tak naprawdę związki. PKP rozłożyło po pierwsze niekompetentne zarządzanie. Po drugie - te nasze nieznośne podziały: nas w "Solidarności" było w 1981 r. 10 milionów, a teraz na PKP jest kilkanaście związków zawodowych. Jak przy tej liczbie można zarządzać firmą? I po trzecie: polityka rządu, która zapomniała o kolei, bo przeważyło lobby drogowe.

Lżej było Panu w PRL-u czy teraz lżej jest Pana dzieciom?

- Nie miałem paszportu, nie mogłem podróżować. Teraz Europa stoi otworem. Mam dorosłą córkę i syna: jak nie ma pracy u nas, mogą pojechać za granicę. Na szczęście nie ma takiej potrzeby - ale możliwość jest. Młodzi ludzie są dziś bardziej samodzielni, choć wiele zależy od wychowania w rodzinie. Dlatego uważam, że zmianę systemu tak naprawdę odczują moje wnuki. Pokolenie, które ja reprezentuję, jest niereformowalne. To jest tak jak z psem na łańcuchu, któremu podtyka się codziennie miskę z jedzeniem. On nie potrafi żyć inaczej. Ludzie narzekają, a przecież niemal w każdej rodzinie są dwa samochody!

No to jaki bilans Okrągłego Stołu?

- Jak oglądałem ostatnio film o Chile - o tym, ile osób tam zginęło, to pomyślałem sobie: najgorsza jest wojna domowa. Okrągły Stół był wynikiem mądrości i "Solidarności", i władzy. Naszym największym sukcesem jest bezkrwawa rewolucja.

Natomiast dla kolei bilans tych 20 lat jest zły. Dlatego cieszę się, że zdążyłem uciec na emeryturę i nie muszę przeżywać kolejnej restrukturyzacji PKP. Za dwa lata nie będzie już prawdziwych kolejarzy, nie będzie się już szło na służbę, tylko po to, żeby odwalić robotę.

Jest jeszcze jeden skutek Okrągłego Stołu. Proszę powąchać [rozmawiamy na dworcu - przyp. th]. Czuje Pan? Bezdomni. Za komuny nie do pomyślenia. Już dawno by ich spałowali. Teraz człowiek może robić, co chce - także być bezdomnym.

Źródło: Gazeta Wyborcza Częstochowa

Dodaj nową wypowiedź
lub Zaloguj się jako użytkownik serwisu Wikidot.com
(nie będzie opublikowany)
- +
O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License